czwartek, 22 października 2009

Zeitgeist - linki.

Naprawdę warto zapoznać się z tym tematem. Filmy stanowią wykładnię toku rozumowania za pomocą autorzy doszli do stworzenia Projektu Venus. Nawet jeśli ma się dystans do Zeitgeist, trzeba przyznać, że filmy (zwłaszcza pierwszy) są świetnie nakręcone i stanowią znakomitą rozrywkę.

Zeitgeist - The Movie

Zeitgeist - Addendun

Zeitgeist - The movement

Strona Projektu Venus
Gospodarka surowcowa - nowy, wspaniały świat.

środa, 21 października 2009

Co z tym ściąganiem?

Dziś pozwolę sobie trochę odbiec od tematu polityki. W końcu co za dużo to i świnia nie zje.

Coraz głośniej mówi się o tym, że trzeba w końcu uregulować kwestię kradzieży własności intelektualnej za pośrednictwem internetu. Najgłośniejsi w tej dyskusji są artyści parający się muzyką rozrywkową. Kazik Staszewski po tym, jak nowa płyta Kultu wyciekła do internetu przed premierą określił wszystkich którzy płytę ową ściągnęli złodziejami i „kurwami marnymi”, a zdecydowana większość jego kolegów z branży przyznała mu rację. Artyści zapowiadają wojnę z nową formą piractwa, ponieważ, jak twierdzą, dostępność muzyki w internecie zabija sztukę i nieuchronnie prowadzi do degeneracji sceny muzycznej.
Zajmuję się muzyką już od ładnych paru lat, jednak moje spojrzenie na tą sprawę jest zupełnie inne niż Kazika czy Muńka Staszczyka. Może dlatego, że jestem z innego pokolenia, może dlatego, że w odróżnieniu od nich jestem muzykiem niespełnionym (tzn takim, który nigdy na swojej twórczości nie zarobił prawdziwych pieniędzy), a może dlatego, że ominęła mnie trauma PRLu – nie wiem. Ale mi taka wojna wydaje się bezzasadna.
Tego, że ludzie ściągają muzykę nie da się zatrzymać. Tzn: może by się dało, gdyby ostatecznie ściąganie zdelegalizować i przeprowadzić na masową skalę akcję „policjant w domu”, bo człowiek ma to do siebie, że da się go zastraszyć. Tyle tylko, że chce tego raczej niewielki odsetek społeczeństwa i władza, która zdecydowałaby się wesprzeć artystów w tej „wojnie” poległaby w najbliższych wyborach, co jest pewne jak 2+2=4. Dlatego wątpię, żeby ktoś się na to zdecydował.
Nie wydaje mi się też, żeby ściąganie plików zabijało muzykę. Wręcz przeciwnie – dostępność muzyki wydaje się stymulować jej rozwój. Kapele, które nie miałyby szansy podpisać profesjonalnego kontraktu np. ze względu na to, że są zbyt bezkompromisowe mogę dziś dotrzeć do ludzi bez tego. Wiadomo, że ściąganie bardzo uszczupla pobory tych muzyków, którzy zawodowe kontrakty już podpisali, jednak jako entuzjasta muzyki uważam, że bilans wychodzi zdecydowanie na plus.
W dzisiejszym „Metro” ukazał się artykuł Artura Maszoty opisujący jego pomysł na reformę systemu dystrybucji muzyki. Maszota pisze: „Idealnym rozwiązaniem byłby serwis, który za każdorazowe odsłuchanie nagrania płaciłby artystom część profitu z reklamy wyświetlającej się przy odsłuchu danego utworu (...)”. Pomysł nie tylko znakomity, ale również już realizowany. Takie właśnie rozwiązanie proponuje serwis jamendo.com. Oczywiście procenty należałyby się nie tylko za odsłuchanie, ale również ściągnięcie. Pomysł ten można zastosować (i stosuje się coraz częściej) nie tylko w odniesieniu do muzyki, ale również filmów, słowa pisanego. Jeśli cokolwiek tworzysz, publikujesz swoją twórczość w internecie i chciałbyś na tym zarabiać nic nie stoi na przeszkodzie, aby założyć konto na Google AdSense. I jeśli twojej twórczości uda się zdobyć popularność – zarobisz.
Wymuszone przez rozwój internetu zmiany w systemie dystrybucji własności intelektualnej mają oczywiście również wady. Przede wszystkim upadną nasze ukochane firmy płytowe. O ile się orientuję do kieszeni artysty z kwoty, jaką płaci się za jego płytę trafia ok. 3%. A niby czemu miałoby być więcej? Naprawdę nie wiem, jak świat będzie dalej funkcjonował bez EMI czy Sony Music. Prawdopodobnie funkcjonować przestanie, a na pewno ludzie zapomną co to szczęście. Kolejną wadą jest to, że artystyczny beton (pozwolę sobie nie wymieniać tu konkretnych ludzi czy zespołów, bo po co – i tak wiadomo o co chodzi) będzie musiał wpuścić na scenę młodszych i często zdolniejszych od siebie ludzi i konkurować z nimi o względy publiczności jak równy z równym, co najprawdopodobniej zakończy się ich medialną śmiercią, bo nie mają w tej konkurencji największych szans. Tak będę za nimi tęsknił, że już mi się łzy w oczach zbierają na myśl o tym.

wtorek, 20 października 2009

Polska Partia Internetowa.

Na PPI natknąłem się dzięki serwisowi wykop.pl. Mimo, że sam pomysł wydawał mi się niezły, to po krótkim okresie obserwacji rozwoju projektu przestał mnie interesować. Panował tam straszliwy bałagan, znalazło się tam mnóstwo ludzi przypadkowych, dyskusja nie miała ładu i składu, co więcej wyglądało na to, że PPI będzie zrzeszać ludzi których nie łączy nic oprócz tego, że wszyscy korzystają z sieci – na forum wypowiadali się ludzie o tak skrajnych poglądach, że można się było spodziewać rozpadu partii tuż po jej rejestracji, albo nawet jeszcze przed. Niedawno przypomniałem sobie o projekcie PI i postanowiłem sprawdzić co się dalej z tym pomysłem dzieje. I zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. A przede wszystkim zrozumiałem w końcu na czym polega idea autorów projektu PI.
Pomysł jest taki, aby stworzyć pierwszą bodajże na świecie partię sterowaną oddolnie, w której siła głosu wszystkich członków będzie taka sama, w której każdy będzie mógł zaproponować własne pomysły. Na pierwszy rzut oka wygląda to dość niepoważnie, jednak już kilka chwil spędzonych na stronie Polskiej Partii Internetowej pozwala zauważyć, że jej twórcy nie porywają się z motyką na słońce, ale proponują nowy, przemyślany i zgodny z duchem czasu model organizacji politycznej. To każe traktować PPI nie tylko jako tworzącą się nową siłę na Polskiej scenie politycznej, ale jako wynalazek. Rozwiązania proponowane przez PPI jeszcze za naszego życia mogą stać się standardem. Dlatego moim zdaniem warto bacznie przyglądać się rozwojowi tej idei.

http://www.plpi.pl/

poniedziałek, 19 października 2009

Co wolno ABW? cz.2

To, co zrobił Jacek Mąka to czystej wody przegięcie. Wygrzebanie materiałów operacyjnych ABW, której Mąka szefuje w celu wykorzystania w prywatnej sprawie przeciwko dziennikarzowi „Rzeczypospolitej” Cezaremu Gmyzowi pokazuje szefa ABW jako człowieka stojącego ponad prawem. Przegiął też prokurator, dopuszczając te materiały do sprawy.
Przede wszystkim należy zadać pytanie: w jakim celu ABW wolno stosować podsłuchy? Wydawałoby się, że tylko wtedy, gdy zagrożone jest bezpieczeństwo wewnętrzne, na którego straży ta służba ma stać. Nagrania Gmyza zostały dokonane w trakcie śledztwa w sprawie handlu aneksem do raportu o WSI przeciwko Wojciechowi Sumlińskiemu. Gmyza nagrano, gdy razem z innym dziennikarzem zastanawiał się jak odwieźć Sumlińskiego od próby samobójczej. Nie wiem, co to z bezpieczeństwem wewnętrznym państwa miało wspólnego, dlatego oczywistym wydawałoby się zniszczenie owych nagrań tuż po zakończeniu sprawy, a nawet wcześniej: po odsłuchaniu rozmowy ze zrozumieniem. Tymczasem nagrania nie zostały zniszczone, więcej, Mąka doskonale o nich pamiętał i sięgnął po nie, gdy tylko okazały się przydatne w prywatnym celu. Mąka nie miał prawa tego zrobić. Prokurator nie miał prawa dopuścić tych nagrań do procesu.
Jeśli Tusk jest konsekwentny, to po odwołaniu szefa CBA za to, że wykorzystywał służby dla celów politycznych, powinien natychmiast odwołać również Mąkę, za prywatę. Myślę, że czas najwyższy zastanowić się nad tym, komu tak na dobrą sprawę supertajne agencje rządowe mają służyć. Teoretycznie społeczeństwu. W praktyce jednak jak widzimy jest inaczej. Myślę, że trzeba z tym coś zrobić. Służby muszą być kontrolowane z zewnątrz. Wydaje mi się też, że warto byłoby się zastanowić nad zmniejszeniem ich liczby. Dlaczego np. CBA jest organem samodzielnym, a nie departamentem ABW, mimo że ze statutu owych służb logicznie by to wynikało? Uregulować powinno się również kwestię, w jakiej sytuacji służby mogą podsłuchiwać.
Wszystkim, dla których ukaranie przestępcy jest ważniejsze niż prawa obywatelskie dedykuje słowa mistrza Żakowskiego przeczytane w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej”: „Jest więc powód, by się tym niepokoić. Bo świadczy to, że nikt nie chroni nas przed nadużyciem metod operacyjnych. Każdy może więc stać się celem nielegalnych działań prowadzonych pod pretekstem ewentualnych potrzeb wymiaru sprawiedliwości. To już są znamiona państwa policyjnego”. Już zapomnieliśmy jak się żyje w państwie policyjnym?

sobota, 17 października 2009

Gospodarka surowcowa - nowy, wspaniały świat.

System monetarny jest czymś tak powszechnym, że jawi się nam, ludziom, niemalże jako naturalny, jako jedno z praw fizyki. Pieniądze od zawsze są w naszym życiu, życie bez pieniędzy (o ile takie jest w dzisiejszym świecie w ogóle możliwe) jednoznacznie kojarzy nam się z biedą. I mimo, że wszyscy doskonale wiedzą ile zła generuje ten system, to nikt jak dotąd nie próbował stworzyć dla niego alternatywy, o wcielaniu jej w życie nie wspominając. Tymczasem jest alternatywa. I muszę przyznać, że nowa idea brzmi bardzo atrakcyjnie.
Świat w systemie monetarnym oparty jest na chęci materialnego zysku jako głównym motywatorze do pracy. Chęć zysku motywuje jednak nie tylko do niej, ale również do szukania sposobów bogacenia się kosztem innych ludzi. Obecnie 50% dóbr wytwarzanych przez świat jest kontrolowane przez 1% populacji. Oczywiste jest, że nie jest to system sprawiedliwy, bo to, czy znajdziesz się wśród tego uprzywilejowanego 1% czy wśród ogromnej grupy ludzi żyjących za mniej niż 2 dolary dziennie w mniejszym stopniu zależy od ilości i jakości twojej pracy niż od tego, gdzie i w jak zamożnej rodzinie się urodziłeś.
Projekt Venus ma na celu stworzenie i przetestowanie systemu lepszego niż monetarny, w którym ludzkie działania nie będą podporządkowane indywidualnej chęci zysku, ale ogólnemu dobru ludzkości. Autorzy projektu roztaczają przed nami wizję świata bez głodu i wojen, bez rabunkowej gospodarki, bez pieniądza, bez religii, której rolę procesie tłumaczenia ludziom niewyjaśnionych zjawisk ma przejąć nauka.
W idei Projektu Venus trudno nie dopatrzyć się podobieństw do marksowskiej wizji społeczeństwa socjalistycznego jako ostatniego etapu cywilizowania się ludzkości. Widać też ślad myśli Platona (społeczeństwo rządzone przez naukę). Jest też jednak nowy element: ludzie mają sprawować nad takim organizmem władzę wspólnie, za pośrednictwem internetu. Internet ma być więc tym narzędziem, którego realizatorom myśli Marksa zabrakło.
Będę uważnie przyglądał się w przyszłości rozwojowi Projektu Venus. Ta idea ma szansę okazać się ważną w skali historii.

NWO oddział Polska.

Co kryje się pod nazwą New World Order (NWO)? W dużym skrócie jest to plan powołania światowej administracji, czyli innymi słowy stworzenie jednego, światowego państwa, utworzenia światowego rządu, któremu wszystkie narodu mają być podporządkowane. Muszę przyznać, że po obejrzeniu filmu „Zeitgeist” zacząłem się zastanawiać nad tym, czy w tej spiskowej teorii dziejów współczesnych nie ma przypadkiem odrobiny prawdy. Argumenty twórców filmu przedstawiają jasne i logiczne argumenty za istnieniem planu wprowadzenia nowego światowego porządku i że wizja przyszłości przedstawiona w nim jest niezbyt miła.
I że jakkolwiek autorów filmu można uznawać za nawiedzonych to faktem jest, że istnieje coś takiego, jak Komisja Trójstronna, w której zasiadają osoby z Europy, Japonii i Ameryki Północnej. Komisja ta została założona przez Davida Rockefellera w 1973 r., w celu zintensyfikowania współpracy pomiędzy krajami tych kontynentów. Zgodnie z logiką „Zeitgeist” Komisja Trójstronna wygląda na zalążek nowego, światowego rządu. Zebrania komisji są całkowicie tajne, nikt nie wie, czym ona się tak naprawdę zajmuje. Wiadomo jednak, że w komisji zasiadała większość prezydentów USA, a także wiele publicznych osób z Polski. Wymienię chociażby Andrzeja Olechowskiego, Janusza Palikota, redaktora naczelnego „Polityki” Jerzego Baczyńskiego oraz Marka Belkę.
Muszę przyznać, że mam raczej pozytywny stosunek do wszystkich wymienionych wyżej postaci. I nie wiem, czy w tej sytuacji powinienem raczej martwić się tym, że ludzie zaangażowani w NWO mięli lub nadal mają istotny wpływ na polską politykę i media, czy raczej cieszyć się z tego, że najważniejsze dla świata decyzje, także te które nie trafiają do mediów, nie są podejmowane bez udziału Polaków.

Co wolno ABW?

"- Nie miałem złudzeń, że być może jestem podsłuchiwany. Prawdziwy szok przeżyłem, gdy uświadomiłem sobie że jest medialny dowód na to, że jakiś dziennikarz jest podsłuchiwany przez służby" powiedział w TVN 24 dziennikarz tej stacji Bogdan Rymanowski.
http://wiadomosci.onet.pl/2062009,11,znani_dziennikarze_podsluchiwani_przez_abw_jestem_w_szoku,item.html
Rymanowski był podsłuchiwany w związku ze sprawą domniemanego handlu aneksem do raportu o WSI. W materiałach ABW wystąpił w rozmowie z Cezarym Gmyzem, reporterem śledczym "Rzeczpospolita".
Może i podsłuchiwanie dziennikarzy było konieczne aby bezpieczeństwo wewnętrzne państwa nie zostało narażone, jednak ta sprawa daje do myślenia. Wychodzi na to, że ABW wolno podsłuchiwać każdego, nawet jeśli nie jest o nic podejrzany.

piątek, 16 października 2009

Brawo kibice!

Wyniki naszej reprezentacji i klubów piłkarskich obchodzą mnie raczej niewiele. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że nie zawsze tak było. W liceum ten temat interesował mnie bardzo, z wypiekami na twarzy obserwowałem to, co działo się w lidze i rozgrywkach międzynarodowych. Jednak z każdym kolejnym ujawnionym przekrętem piłka obchodziła mnie coraz mniej. Kiedy okazało się, że za ujawnianiem przekrętów nie idą żadne zmiany, moje zainteresowanie tym sportem spadło do zera.
Bojkot reprezentacji, jaki zaserwowali PZPNowi kibice jest moim zdaniem najlepszą rzeczą, jaką można zrobić dla polskiej piłki nożnej. Beton wydaje się niemożliwy do ruszenia z pozycji władzy. Przypomnijmy chociażby, jak skończyły się próby wprowadzenia do PZPN nadzoru z zewnątrz – międzynarodowe organizacje piłkarskie zagroziły usunięciem reprezentacji i klubów z rozgrywek, co w praktyce sprawiłoby, że piłka wróciłaby na podwórko i władze ugięły się. Mimo że wszyscy doskonale wiedzą, że określenie sytuacji w związku mianem „burdelu” jest bardzo dla burdeli obraźliwe.
Akcja kibiców wygląda na przemyślaną i może okazać się skuteczna. Kibice zapowiadają intensyfikację protestów, grożą też bojkotem firm współpracujących z PZPN. Jest bardzo prawdopodobne, że w tej sytuacji firmy zaczną się z tej współpracy wycofywać. Co prawda zarówno PZPN jak i popierająca go UEFA wydają się mieć krytykę dość głęboko, jednak odcięcie związku od pieniędzy musi go zaboleć. I zaboli.
Do j...nia PZPN na stadionach nawołuje się od dawna. Cieszę się, że kibice przechodzą od słów do czynów nie tylko ze względu na to, że pojawiły się widoki na zrobienie porządku z tą mafią. Okazuje się, że mózgi Polaków nie są aż tak bardzo wyprane przez PRL i że potrafią się zorganizować i podjąć próbę wywarcia wpływu na władze, a nie tylko narzekać nie robiąc nic w celu poprawy patologicznej sytuacji. Akcja „pusty stadion” pokazuje, że Polacy uczą się demokracji i coraz bardziej wierzą w siebie. Kibicom życzę konsekwencji i skuteczności. Tak właśnie należy to robić. Szacunek.

Zainteresowanych tematem zapraszam na tą stronę:

http://www.fifauefa.pl/

czwartek, 15 października 2009

Plan Kamińskiego.

Termin, częstotliwość i kolejność ujawniania przez Kamińskiego „afer” wydaje się coraz mniej przypadkowa. Dlaczego teraz? Otóż dlatego, że właśnie postawiono Kamińskiemu zarzuty w związku z dotychczasową działalnością CBA, co sprawiło, że wymaganą nieposzlakowaną opinię i brak moralnych zastrzeżeń, stanowiące warunek pełnienia przez niego dotychczasowej funkcji trafił szlag i najprawdopodobniej pan Mariusz zostałby usunięty tak czy inaczej. Teraz były już szef CBA może spokojnie tłumaczyć swoje odwołanie zemstą Tuska za sumiennie wykonywaną pracę. Dlaczego w takiej kolejności? Najpierw afera hazardowa – Tusk doskonale pamięta, jak skończył rząd Millera i Kamiński musiał spodziewać się takiej a nie innej reakcji. Potem afera stoczniowa: Tusk w tym momencie wiedział już, jak wielkie zagrożenie dla jego rządu stanowi Kamiński. Pan Mariusz doskonale zdawał sobie sprawę że poleci tuż potem i rzutem na taśmę wygrzebał jeszcze dwie afery, które dla odmiany rządu Tuska nie dotyczą. W ten sposób miał ostatecznie udowodnić opinii publicznej swoją bezstronność i sumienność. Muszę przyznać, że plan był całkiem niezły. Ale jednej rzeczy nie uwzględnił.
Każda kolejna rewelacja studia nagrań Kamińskiego jest coraz mniej zauważana. U narodu zachodzi proces habituacji – kolejne „afery” obchodzą go coraz mniej. O tym, że taki proces zachodzi niech świadczy chociażby to, ile miejsca zajmują w mediach kolejne ujawniane przez CBA „zbrodnie”. Dwie ostatnie przeszły praktycznie bez echa. Ponadto każda następna „afera” umniejsza wiarygodność poprzedniej i czyni obraz całości już nie przerażającym, ale śmiesznym. Jeśli tak dalej pójdzie, to za miesiąc o całym zamieszaniu nikt nie będzie pamiętał. A Tusk spokojnie będzie mógł przygotowywać się do kampanii prezydenckiej.

środa, 14 października 2009

Partia marzeń.

Chciałbym oddać głos na partię, która w końcu weźmie się za oddzielenie kościoła od państwa, przeniesie religię ze szkół do sal katechetycznych, opodatkuje księży i w końcu zacznie przeciwdziałać próbom wpływania na świeckie władze. Chciałbym też partii, która odważyłaby się w końcu wsadzić Rydzyka do więzienia. Bo jemu się to ewidentnie należy.
Chciałbym oddać głos na partię, która popchnie naprzód legalizację marijuany. Dlatego, że ta substancja jest znacznie mniej szkodliwa niż legalne alkohol czy papierosy, co przyznają zarówno użytkownicy tych środków, jak i naukowcy (warto spojrzeć, co na ten temat ma do powiedzenia WHO, zachęcam do odwiedzenia ich strony). A ponadto dlatego, że legalna marijuana to dla państwa dodatkowy dochód z akcyzy, turystyki zagranicznej, ulga dla organów ścigania, które w końcu mogłyby się zająć ściganiem prawdziwych przestępców, a nie łamaniem życia dzieciaków, które postanowiły spróbować zakazanego owocu.
Chciałbym oddać głos na partię, która zagwarantuje obywatelom równy dostęp do edukacji i służby zdrowia, bez względu na dochód, status społeczny czy znajomości.
Nie oddam jednak głosu na żadną z istniejących obecnie partii deklarujących się jako lewicowe, dlatego że te, z wyjątkiem SLD, nie mają póki co szans na znalezienie się w sejmie, a nie chciałbym, żeby mój głos się zmarnował. Nie zagłosuję też na SLD, z powodów, które szerzej omawiam w poprzednim poście.
W Polsce nie brakuje ludzi o lewicowych poglądach. Wielu z nich to ludzie inteligentni, wartościowi i cenieni. Niestety nie mają na scenie politycznej godnej siebie reprezentacji. Trzymam kciuki, aby to się zmieniło, ale póki co się nie zanosi. Szkoda.

wtorek, 13 października 2009

Co Grzegorz Napieralski robi źle.

SLD zdycha. Zanim szefem tej partii został Grzegorz Napieralski partia ta, po oczyszczeniu z ludzi skompromitowanych aferą Rywina zdawała się iść w dobrym kierunku. Wydawało się, że stanowi całkiem rozsądną alternatywę dla obozów „solidarnego” i „liberalnego”, że mimo poniesienia ogromnych strat nadal jest partią poważną, z pomysłem na rządzenie a przynajmniej konstruktywną działalność w opozycji. I właśnie w tym momencie Napieralski został mianowany jej szefem.
Od początku flirtował z PiS, mimo że w wyborach do parlamentu SLD reklamowała się jako gwarancja odsunięcia od władzy Kaczyńskiego i końca IV RP. Jako (były) wyborca SLD poczułem się rozczarowany. Po co ten flirt? Napieralski liczy na to, że podlizując się Kaczyńskiemu zyska zdolność koalicyjną i przy zmianie warty, jaka miałaby nastąpić w wyniku afer i więcej niż prawdopodobnej nachalnej propagandy w mediach „publicznych” uda mu się wejść do rządu. Myślę, że to z jego strony dość naiwne. Podobnie jak wszystko co robi.
Napieralski, wchodząc z PiSem w spółkę na rzecz przejęcia TVP liczył na to, że uda mu się odzyskać wpływ na telewizję. PiS miał wziąć jedynkę, a SLD dwójkę. Co prawda sojuszowi udało się obsadzić stanowisko szefa dwójki swoim człowiekiem, jednak wygląda na to, że wpływ Rafała Rastawickiego na kształt programu będzie zerowy. W „Gazecie Wyborczej” czytamy:
Rastawicki nie może prawicowych programów zdjąć, bo TVP podpisała na nie umowy do końca ramówki (umowy kończą się w grudniu – styczniu, na ich zerwanie musiałby zgodzić się zarząd). Nie może też przyjąć do „Dwójki” swoich ludzi, by przygotowali mu nowe programy do kolejnej ramówki, bo w firmie trwają zwolnienia grupowe, a przez rok od ich zakończenia nie można nikogo zatrudnić na miejsce zwalnianych. Mógłby teoretycznie zamówić produkcję nowych programów na zewnątrz, ale każdą umowę o wartości ponad 300 tys. zł (a tyle kosztuje najskromniejszy cykl publicystyczny) musi zatwierdzić Szwedo. Ten zaś nie jest zainteresowany jakimikolwiek zmianami programowymi w „Dwójce”. I tak koło się zamyka (Agnieszka Kublik – Na Woronicza cała władza w ręce PiS).
Wydaje mi się, że SLD szansę na odegranie jeszcze kiedyś roli w Polskiej polityce miałby tylko wtedy, gdyby wziął się do pracy i ustalił program, który przemówiłby do wyborców bardziej niż programy konkurentów. Tymczasem jakoś nie mogę sobie przypomnieć, kiedy Napieralski ostatni raz powiedział coś konstruktywnego. Obecnie głównie głośno krzyczy i liczy na to, że uda mu się tym krzykiem zwrócić na siebie uwagę wyborców głosujących „przeciwko”, a nie „za”. To też wydaje mi się naiwne – ta część społeczeństwa i tak zagłosuje na PiS. Najbardziej prawdopodobnym skutkiem strategii Napieralskiego będzie odwrócenie się od sojuszu ludzi o lewicowych przekonaniach, dla których ważniejsze od emocji są treści merytoryczne. Naiwność z jaką kieruje sojuszem pozwala podejrzewać, że krajem kierowałby dokładnie tak samo.

poniedziałek, 12 października 2009

"Gwałt na dziecku".

Polańskiego skazano za gwałt na dziecku, bo uprawiał seks z trzynastolatką. Moim zdaniem, być może w dużej mierze dlatego, że jestem opętanym przez szatana konsumpcjonistą pozbawionym kręgosłupa moralnego, to nie jest to samo. Może najpierw czym się różni 13-latka od dziecka? Spytajcie dowolnej trzynastolatki, i ona wam to wytłumaczy o wiele lepiej niż ja. Albo inaczej: postawmy obok siebie dziewczynkę powiedzmy ośmioletnią i dorosłą wg prawa osiemnastolatkę. A teraz postawmy trzynastkę w środku. I powiedzcie mi, którą z sąsiadek nasza trzynastka bardziej przypomina? Serio: nie sypiam, nie sypiałem, ani nie zamierzam sypiać z trzynastolatkami, nie pochwalam też tego, że Polański to zrobił. Ale wydaje mi się, że użycie słowa „dziecko” w odniesieniu do „ofiary” Polańskiego stanowi językową manipulację, która powoduje, że czyn Polańskiego potępiamy niewspółmiernie do faktycznej jego wagi. Teraz drugie słowo: gwałt. Polański twierdzi, że „ofiara” nie sprzeciwiała mu się zbytnio, w co jestem w stanie (zapewne również dlatego, że jestem opętanym...) uwierzyć. Wiadomo, że ta dziewczyna nie była w chwili „zgwałcenia” dziewicą i że Polański nie był pierwszym, który ją „zgwałcił”. Dość wątpliwe więc, że czyn Polańskiego trwale odbił się na psychice ofiary, że złamał jej życie i że nastąpiły te wszystkie straszliwe konsekwencje które przychodzą nam do głowy gdy słyszymy słowo „gwałt”. Uważam, że wyrok był niewspółmierny do winy, zwłaszcza że, przypomnijmy, „ofiara” już dawno „wybaczyła” Polańskiemu i apelowała, aby dano mu już spokój. Ale to już w sumie nieważne, bo proces Polańskiego miał miejsce przed 30 laty.

sobota, 10 października 2009

Przyczyny.

Kolejna wykryta przez CBA afera nie dziwi i nie może dziwić w świetle ostatniej wzmożonej aktywności biura. Muszę przyznać Kamińskiemu, że łatwo skóry nie sprzedaje. W pewnym sensie za ducha walki i charakter należy mu się szacunek. Niestety dla niego: to nie z odwagi i waleczności sąd będzie go rozliczał.
Moim zdaniem afera stoczniowa w większym stopniu zagraża powadze działań CBA niż PO, w którą jest wymierzona. Dlaczego?
Fakt, że CBA jest ostatnio nadpobudliwe nie może być przypadkowy. Zastanówmy się nad prawdopodobieństwem przyczyn owej nadpobudliwości.
1)Rząd PO faktycznie jest skorumpowany od góry do dołu. Prawdopodobieństwa ujmuje tej tezie fakt, że to pierwszy kryzys w tym rządzie, a przecież Mariusz Kamiński jest szefem CBA od początku randki Tuska z historią.
2)Biznesmeni wietrząc rychłe ożywienie gospodarcze i wzrost koniunktury zwiększyli aktywność lobbingową. Argumentem przeciwko jest to, że przewidywanie w tej chwili ożywienia gospodarczego jest jak wróżenie z fusów i szczerze wątpię, aby jakikolwiek wytrawny gracz w tej chwili obstawiał tego właśnie konia.
3)Mariusz Kamiński spodziewając się dymisji tuż po postawieniu mu zarzutów w związku z tzw. „aferą gruntową” postanowił uderzyć z pełną siłą i na wszystkich możliwych frontach po to, aby później mógł nazywać proces zemstą za skuteczność.
Czy tylko mi opcja nr 3 wydaje się najbardziej prawdopodobna? CBA udowodniło już, że jak się bardzo chce, to można znaleźć papiery na każdego. Pokazała też, że jeśli nawet w biografii danej osoby nie ma czarnych kart, to jest w stanie jej takie karty załatwić. Jeśli ktoś ma jeszcze co do tego jakiekolwiek wątpliwości, to polecam artykuł „Wabiki CBA” Łazarewicza i Pytlakowskiego z ostatniej „Polityki”.
Trudno powiedzieć, czyjej dymisji możemy spodziewać się tym razem, jednak niemal pewne jest, że takie dymisje będą. Oprócz funkcji piarowskiej atak ma też podłoże merytoryczne: usunięcie z rządu współpracowników Tuska musi mocno zakłócić prace rządu i zmniejszyć jego skuteczność. Zobaczymy czy trwale. W pewnym sensie jest to sprawdzian dla Platformy, czy w jej szeregach jest dosyć rezerwowych którzy są w stanie wziąć na siebie ciężar gry. Czuma był gorszym ministrem od Ćwiąkalskiego. Jeśli pozostałe zmiany również będą na gorsze, to Platforma i Tusk mogą sporo stracić. Jeśli jednak przetrwają kryzys mogą wyjść z całego tego zamieszania równie silni, lub silniejsi.

Słowo na sobotę.

Obama dostał pokojowego Nobla, a Rydzyk doktorat. Nie mam pojęcia, na czym polegają uhonorowane wyjątkowe zasługi prezydenta USA na rzecz pokoju, więc uważam, że nagroda przyznana została mocno na kredyt. Wydawało się, że udzielanie niepewnych kredytów to specjalność amerykańska, a tu okazuje się, że niekoniecznie. Ojciec dyrektor stał się ojcem doktorem. Te dwa wydarzenia łączy jedna wspólna cecha: obydwa były niespodziewane.
Afera hazardowa pomału schodzi z pierwszych stron gazet. Pierwsze posunięcia zostały wykonane i teraz czekamy na efekty. PiS i SLD nadal zgodnie mówią o upadku PO, jednak ten póki co, nie następuje. Przynajmniej w sondażach.
Prezydent Kaczyński ma dzisiaj podpisać umowę z Lizbony. Mam mieszane uczucia co do samego traktatu: z jednej strony przesunie większość podejmowanych w unii decyzji na szczebel państw, co zdecydowanie zmniejszy wpływ na te decyzje szeregowego obywatela. Z drugiej strony Unia, aby dalej się rozwijać musi kontynuować proces integracji. Hamowanie go najprawdopodobniej byłoby po pierwsze nieskuteczne, po drugie wątpliwe, że mogłoby przynieść jakiekolwiek pozytywne skutki trzymającemu hamulec państwu. Ale na razie wstrzymałbym się z ocenami Klausa: zobaczymy, co uda mu się ugrać.

piątek, 9 października 2009

KOMENTARZ

Zachowanie polityków SLD, w szczególności Grzegorza Napieralskiego mnie drażni. Drażni mnie tym bardziej, że głosowałem na nich w wyborach zarówno do polskiego jak i europejskiego parlamentu. Nie zanosi się, abym miał na nich jeszcze kiedyś zagłosować.

Cytat z dzisiejszego „Metro”

„Donald Tusk, wyrzucając kolejnych ministrów z rządu, pokazuje, że najważniejsze dla niego jest to, żeby ochronić własne nazwisko, prezydenturę oraz własną partię polityczną.”

Napieralski krytykuje postępowanie Tuska, mimo że oczywiste jest, że gdyby Tusk postąpił odwrotnie i zostawił swoich ministrów w rządzie krytykowałby go jeszcze bardziej. Ukazuje to Napieralskiego, jako totalnie obojętnego w kwestii merytorycznej zawartości wypowiedzi. Zresztą prawdę mówiąc już od dłuższego czasu można go było podejrzewać o to, że w istocie jest człowiekiem pozbawionym przekonań. Widać to choćby po tym, że do tej pory nie wiemy, jaki SLD tak naprawdę ma program. Słabo, panie Napieralski.

W kwestii odwołania Kamińskiego, to zastanawia mnie, czy nie zostałby, nawet gdyby afera hazardowa nie wybuchła, usunięty ze stanowiska ze względu na postawienie mu zarzutów. Myślę, że Kamiński spodziewał się tego i frontalnie zaatakował (w krótkim czasie trzy głośne operacje CBA) i nie bez przyczyny wybrał taki właśnie termin rozpoczęcia afery. Swoją drogą zastanawiam się, czy był szef CBA napisze kiedyś książkę. Chętnie bym ją przeczytał. Na pewno byłaby lepsza, niż Grzybowskiego czy Drzewieckiego. Można by zorganizować akcję wysyłania maili do Kamińskiego z prośbą o napisanie książki.

Gdzieś w tle Lech Kaczyński ociąga się i próbuje celebrować moment podpisania traktatu. Chyba głównie po to, żeby przy tej okazji móc wygłosić jakieś przemówienie transmitowane przez media. Trochę wątpię, że ma do powiedzenia jeszcze coś ciekawego.

AFERY HAZARDOWEJ C.D.

Tusk tak jak zapowiadał przeprowadził w swoim rządzie rewolucję. Pokazał tym samym, że ma odwagę wykonywać radykalne posunięcia. Zwolnienie Kamińskiego było słuszną decyzją, aczkolwiek powinien to zrobić znacznie wcześniej, np. po tym, jak objął władzę. Usunął z rządu wszystkich, co do których istniały jakiekolwiek podejrzenia działań sprzecznych z etyką poselską. Tym samym zamknął usta wszystkim zarzucającym mu „kolesiostwo” (ulubione słowo pani Senyszyn).

Premier zapowiedział powołanie komisji śledczej. Zdawał sobie sprawę z tego, że taka komisja w chwili, gdy funkcję szefa CBA sprawuje Kamiński nie ma prawa działać normalnie. Fakt, że zdjęciem Kamińskiego z posady naraził się na ataki PiS, ale nie da się ukryć, że CBA pod dotychczasowym kierownictwem stanowiłoby znacznie większe zagrożenie.

Już teraz politycy PO rozpoczynają kontratak, sugerując, że również w czasie rządów PiS mogło dojść do lobbowania za korzystnym dla branży kształtem ustawy hazardowej. Ta sugestia spowoduje, że media i mająca wkrótce powstać komisja zaczną drążyć ten temat i nie jest wykluczone, że w końcu coś wygrzebią.

PiS atakuje tak, jak to ma w zwyczaju: głośno krzycząc i używając górnolotnych słów (patrz prośba Kaczyńskiego do Tuska, aby ten przestał prowadzić „wojnę z Polską”). Mam wrażenie, że od wybuchu afery to działania PO wydają się bardziej przemyślane i merytoryczne. Nie zdziwiłbym się, gdyby afera hazardowa wyszła koniec końców na korzyść Platformy.

Przewidywania

Nabierająca rozpędu afera hazardowa w pewnym sensie stanowi rozpoczęcie kampanii prezydenckiej. Myślę, że ten temat będzie w jej trakcie powracał i w dużej mierze wpłynie na jej ton i język. Ponadto sprawia, że wygrana Tuska w nadchodzących wyborach przestaje być taka oczywista.
Ma to swoje dobre strony. Chciałbym, aby wybory wygrał, lub przynajmniej odegrał w nich znaczącą rolę ktoś spoza dwójki Tusk – Kaczyński, choć w tej chwili raczej trudno wypatrzyć odpowiedniego kandydata (Olechowski?). Liberalny rząd i liberalna głowa państwa stanowią pewnego rodzaju zagrożenie, że podczas takich rządów dystans pomiędzy bogatymi i biednymi powiększy się i że pomimo wzrostu PKB stopa życia zwykłych ludzi nie będzie się podnosić lub będzie rosła bardzo wolnym tempie. Mimo wszystko myślę, że przydałby się ktoś spoza szeregu tej partii, kto miałby prawo weta, nawet, gdyby nie miał go w ogóle używać. Mimo wszystko na chwilę obecną szanse na taki obrót spraw są niewielkie, zwłaszcza, że Tusk reaguje szybko i rozsądnie, widać że uczy się na wcześniejszych zdarzeniach (trudno powiedzieć, że na błędach, bo takich, przynajmniej rażących i brzemiennych w negatywne skutki, nie było), jak chociażby odejście z rządu Ćwiąkalskiego po samobójstwie jednego z oskarżonych w sprawie Olejnika.
Zastanawia mnie kwestia, czym te wybory będą różniły się od poprzednich, a przede wszystkim jak się to wszystko rozegra w internecie. Już przy okazji ostatnich wyborów parlamentarnych sieć odegrała znaczącą rolę, przypomnijmy sobie chociażby akcję „przypomnij kłamczuchowi jego kłamstwa”. Uważam, że teraz odegra jeszcze większą. Przede wszystkim ze względu na coraz większą popularność microbloggingu. Serwisy takie, jak facebook czy blip zdobywają u nas coraz więcej użytkowników, ponadto serwis nasza-klasa.pl udostępnił microbloggingową usługę śledzik. Śledzik swój potencjał pokazał już na samym początku swojej działalności. Użytkownicy n-k, zaskoczeni wprowadzoną nowością zaczęli najpierw masowo protestować, potem puszczać łańcuszki z kodami, które miały rzekomo śledzika usunąć. Tempo, w jakich te akcje się rozprzestrzeniały było niesamowite. Łatwo wyobrazić sobie, jak zadziałałaby akcja „przypomnij kłamczuchowi jego kłamstwa” dzisiaj. Ciekawi mnie również, w jaki sposób microblogging wykorzystają sami politycy. Jednego jestem pewien: dla zainteresowanego obserwatora, takiego jak ja, będzie to wspaniałe widowisko.
 
Najlepsze Blogi Polityczne Blogowisko.org